Portret małżonków arnolfinich

Patrząc z dystansu zdaję sobie teraz sprawę, że niekiedy byłam matką-kwoką w stopniu większym, niżby to było dla mego dziecka korzystne. Pomiędzy pieluszki, kleiki i czopki przeciwgorączkowe wkradła się frustracja i rozpanoszyło poczucie własnej „niezastąpioności”. Na szczęście okres, kiedy czułam się wyłącznie odpowiedzialna za zdrowie psychiczne mego dziecka trwał krótko. Trudno mi było dzielić się odpowiedzialnością z kimkolwiek nawet z mężem. A dziecko oczywiście wykorzystało tę okoliczność, z czego zresztą nie można mu czynić zarzutu. Na samym początku przyrzekałam sobie, że partnerska relacja z mężem nie ucierpi na nowej funkcji rodzicielskiej. A mimo to przez pewien czas systematycznie demontowałam nasz związek nieświadomie zresztą ograniczając go do roli „tatusia” i „mamusi”. Dopiero dobra przyjaciółka, za sprawą symbolicznego kopniaka w tyłek przywróciła mnie rzeczywistości. I nagle uświadomiłam sobie, w jaki sposób ostatnimi czasy musiało mnie postrzegać całe otoczenie – włącznie z mężem. I muszę przyznać, że wizerunek kobiety-kwoki, nie będącej w stanie spuścić wzroku ze swej pociechy zupełnie mu się nie podobał.

Cześć, mam na imię Agata, od wielu lat jestem matką, a także babcią. Przez całe moje życie zajmowałam się dziećmi, stąd moje wieloletnie doświadczenie. Chciałabym się tu z wami nim podzielić, zapraszam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

error: Content is protected !!