Zastój w sprawach zawodowych zrekompensowany został ściślejszym związkiem z mężem

Cieszyliśmy się z dziecka, rozkoszowaliśmy się ostatnimi miesiącami we dwoje, jak również chwilami, kiedy już czuliśmy się jak rodzina (mój mąż, mój brzuch i ja). Wspólnie urządzaliśmy pokój dziecinny i snuliśmy plany na przyszłość. Przy tak wspaniałej harmonii wszystko musi się powieść? Z czysto medycznego punktu widzenia moja ciąża aż do końca nie sprawiała większych problemów. Nie oznacza to jednak, by moja pani ginekolog była zawsze zadowolona
występowały u mnie wszelkie możliwe dolegliwości ciążowe, choć ich nasilenie nie zmuszało do podjęcia terapii. Ciśnienie było trochę za wysokie, obrzęki w nogach trochę za duże, a kopniaki mego syna, precyzyjnie wymierzone w nerw kulszowy dość bolesne, jednak bez żadnych medycznych konsekwencji. Gorący okres zaczął się mniej więcej na dwa tygodnie przed wyliczonym terminem. Termometr wskazywał pełnię lata, a przy moim grubym brzuchu sama myśl
jakimkolwiek zbędnym ruchu wywoływała poty. Wizytowałam lekarkę co czternaście dni i za każdym razem patrzyła na mnie z większą troską. Ciśnienie było za wysokie (nic dziwnego, skoro przed chwilą pokonało się trzy piętra bez pomocy windy), wody w nogach nie ubywało, a przy osłuchiwaniu syn schował się w najgłębszy kącik, skąd dochodziły jedynie śladowe echa życia. Pani doktor spokojnie i rzeczowo wypełniła skierowanie do szpitala. Wbrew pozorom nie spanikowałam miałam silne przeczucie, że z moim dzieckiem jest wszystko w porządku i że cały ten teatr ze szpitalem jest zbędny.

Profesjonalnej pomocy i solidarności innych brzemiennych na kursie przygotowującym do porodu

Jednak już po pierwszej grupowej sesji ochrzciłam tę instytucję mianem „wylęgarni kwok”. Wraz z dwunastoma innymi, sapiącymi „kwokami” tarzałam się raz w tygodniu na rozłożonych matach. Podczas zajęć „psychologicznych” szybko nauczyłam się trzymać gębę na kłódkę. Ja byłam za pampersami inne za pieluszkami z tetry. Perspektywa karmienia piersią nie cieszyła mnie specjalnie innym z radości szkliły się oczy. Ból związany z porodem napawał mnie raczej strachem, inne widziały w nim prawdziwe powołanie kobiety. Albo ze mną coś było nie tak, albo inne zbyt łatwo uległy umiejętnym sugestiom pani psycholog. Stopniowo zaczęło ogarniać mnie deprymujące uczucie, że rodzenie dzieci nie jest tak łatwą i przyjemną rzeczą, jak to sobie wyobrażałam obserwując Sonię. Ona właśnie pracowała do ostatniego dnia, niejako zamieniając biurko w firmie na łóżko w sali porodowej. W moim przypadku było odwrotnie: im brzuch był większy, tym wstrzęmięźliwsi zleceniodawcy. Nawet długoletni klienci jakby się pod ziemię zapadli. Na zapytania otrzymywałam taktowną odpowiedź: przyszła matka potrzebuje spokoju, odpoczynku i relaksu. W końcu doprowadziło to do stanu, który bardzo mnie zaniepokoił, szczególnie pod kątem przyszłości. No bo jak przy takim podejściu wyzwolić się później z niedobrowolnego okresu ochronnego? Najpierw ciąża, potem rodzenie, karmienie, wychowywanie.

Jak bardzo starałam się być idealną brzemienną

Zarzuciłam (prawie) całkowicie palenie i nie wypiłam ani łyczka alkoholu, by nie zaszkodzić memu dziecku. Nawet nie dotykałam aspiryny, za to regularnie łykałam tabletki z jodem, by dziecko nie miało wola. Wpychałam w siebie witaminki – aż nie mogłam już patrzeć na sałatę. Piłam herbatkę z liści malin (ma uelastyczniać tkanki dróg rodnych) mimo, że robiło mi się po niej niedobrze. Jednak do uzyskania aureoli to nie wystarczyło. Duch był wprawdzie mocny, ale ciało słabsze. Rezygnowałam z tak wielu rzeczy, a mimo to stale miałam uczucie, że to nie wystarcza. Zamiast Mozarta, którego muzyka uspokajać ma dzieci w łonach matek, słuchałam rocka. Gdy dopadały mnie stare nawyki i chętki, pozwalałam sobie na macha z papierosa męża, bądź na łyk piwa z jego szklanki. Trafiały mnie za to strofujące spojrzenia całkowicie obcych mi ludzi, a złe sumienie było moim stałym towarzyszem. Oczywiście podczas ciąży było też wiele pięknych chwil. Wtedy, gdy po raz pierwszy poczułam ruchy mego dziecka. Albo jak odkryłam mego syna uśmiechającego się zuchwale z ekranu USG. W stosunku do innych i ja zaczęłam odgrywać rolę beztroskiej i niczym nie obciążonej brzemiennej. Jedynie najbliższym przyjaciółkom zwierzałam się z prawdziwych, dalekich od beztroski odczuć. Denerwowało mnie też, że kobieta w ciąży staje się niejako własnością publiczną. Wszyscy dookoła uważali za stosowne podzielić się światłymi radami, a całkowicie obcy ludzie przykładali dłoń do mego rosnącego brzucha pytając z miłym uśmiechem: „No i jak, kiedy rodzimy?”. Skurczenie się osobistej przestrzeni, zmniejszenie dystansu do innych ludzi wkurzało mnie niemal tak samo, jak wciąż powtarzające się dobre rady położników- hobbystów.

Wszystko wydawało się przebiegać lekko i bez żadnych kłopotów

Z jej pierwszym dzieckiem Corinną, również nie było żadnych problemów. Mimo żywego sprzeciwu całej rodziny Sonia pracowała nawet trochę w firmie swego męża była zadowolona i szczęśliwa. W domu też wszystko funkcjonowało jak należy – słowem wszystko szło jak po sznurku. „To co ona umie, ja umiem już dawno” – pomyślałam sobie czując jednocześnie nieopisane szczęście gdy i mnie udało się zajść. Czekałam na wielką euforię ułatwiającą zniesienie drobnych dolegliwości początkowego okresu ciąży. Byłam pewna, że z łatwością zrezygnuję na dziewięć miesięcy z wszelkich nałogów (palenie!) i przyjemności (wieczorno-nocne włóczęgi po knajpkach i dyskotekach!). Było zupełnie inaczej. Inne okoliczności również nic nie ułatwiały: z łagodnie zaoblonego brzucha (czwarty miesiąc) wyrósł olbrzymi balon. Zrozpaczona udałam się na poszukiwanie możliwych do zaakceptowania okolicznościowych ciuchów jakoś nie mogłam przekonać się do typowej „ciążówki” w kwiatki. A zaraz potem wkurzałam się, bo na spuchnięte stopy mogłam wtłoczyć tylko jedne jedyne buty na płaskim obcasie. Cały czas modliłam się, by od częstego prania nie rozpadły się jedyne, cudem zdobyte „ciążowe” legginsy.

Dziecko myśli sercem i patrzy sercem

Są to słowa kirgiskiego poety Czyngisa Ajtmatowa. Od czasu, gdy usłyszałam je po raz pierwszy przychodzą mi zawsze na myśl, gdy patrzę na mego syna Mikołaja. Im jest starszy (w tej chwili ma trzy lata) tym więcej prawdy w nich odkrywam. Zazdroszczę mu beztroski, z jaką odkrywa świat. Z drugiej strony jestem wdzięczna, że pozwala mi brać udział w swoim sposobie widzenia rzeczy. I czasami jestem smutna, gdy widzę jak mało dorosłych zachowało choć część swego „dziecięctwa” ci, którzy stracili je, do końca nawet nie uświadamiają sobie wielkości swej straty. Podczas ostatnich czterech lat nie zawsze byłam taka mądra. Jednak w tym czasie sporo się nauczyłam, zmieniłam się i sądzę,” że od czasu, gdy wraz z mężem postanowiliśmy mieć dziecko, stałam się znacznie dojrzalsza. Niektórzy twierdzą, że ciąża jest zaraźliwa. Nie mam pojęcia czy istnieje co do tego jakikolwiek dowód naukowy, mimo to jestem przekonana, że coś w tym jest. Wtedy przed czterema laty zarażona zostałam ja. Moja najlepsza przyjaciółka, Sonia, była w ciąży „ze swoim drugim dzieckiem” jak to się zwykło w nieodpowiadający faktom sposób określać.

error: Content is protected !!